wtorek, 19 czerwca 2012

Bajorowie z Kozowej



zdjęcie : pocztówka z Kozowej




Moje Kresy. Kozowa – refleksy pamięci cz.1

Autor: Stanisław S. Nicieja   1 paždziernika 2011 

na spotkaniach autorskich w Głuchołazach, Nysie czy Namysłowie podchodzili do mnie czytelnicy, pytając: Kiedy napisze pan o Kozowej? Nieodmiennie odpowiadałem: Nie dojrzałem jeszcze do tematu. Niewiele wiem o tym miasteczku. Szukam, tropię, poczekajcie, pomóżcie. I wreszcie mogę spełnić obietnicę.

zdjęcie: Budynek Sądu Powiatowego w Kozowej ( fot. Archiwum prywatne)



Kozowa – siedmiotysięczne miasteczko położone w sercu Podola, w trójkącie Brzeżany-Tarnopol-Podhajce, u źródeł rzeki Koropiec, wpadającej do Dniestru – nie miała szczęścia u historyków. Nikt nie napisał o tym miasteczku większego tekstu.








Poza suchymi wzmiankami encyklopedycznymi solidna biała plama. Przebijając się przez dziesiątki roczników starych gazet, nie natrafiłem nigdy na reportaż, zdjęcie czy widokówkę z Kozowej. Na dodatek w połowie XIX w. Kozową bardzo skutecznie ośmieszył jeden z najbłyskotliwszych i najpopularniejszych satyryków tamtej epoki Jan Lam (1838-1886).

Satyryk Jan Lam

Przed 150 laty Jan Lam był pierwszej wielkości gwiazdą polskiej publicystyki, tak jak w czasach PRL Stefan Kisielewski ("Kisiel”). Gazety, w których ukazywały się jego satyry, felietony i kroniki towarzyskie, wyrywano sobie w kawiarniach z rąk. Wydawcy i redaktorzy, którym udało się pozyskać jego pióro, błyskawicznie zwiększali nakłady swoich gazet i robili świetne interesy. We Lwowie, Stanisławowie czy w Kołomyi "Gazetę Narodową”, a później "Dziennik Polski” zaczynano czytać od jego "Kronik Lwowskich”.
Lam miał rogatą osobowość, błyskotliwą inteligencję i skłonność wywoływania skandali (coś w rodzaju Janusza Palikota). Po mistrzowsku posługiwał się groteską, ironią, persyflażem, parodią, pastiszem. Pisał sarkastycznie i atakował cały ówczesny świat polityczny, nie wyłączając własnego obozu. Głosił, że nie ma nic gorszego od samouwielbienia. Na jego felietony często reagowano histerycznym gniewem i odsądzano go od czci i wiary.



W 1869 r. Jan Lam wydał powieść, która stała się w Galicji absolutnym bestsellerem. Czytano ją na głos w lwowskich, krakowskich i kołomyjskich kawiarniach i zaśmiewano się do łez. On sam czytał jej fragmenty na swoich wieczorach autorskich w miasteczkach na Podolu i Pokuciu. Ale do Kozowej nie odważył się przyjechać, bo jej mieszkańcy mogliby go nie tylko wygwizdać czy zwymyślać, ale i poturbować fizycznie.





zdjęcie: pocztówka - mieszkańcy Kozowej (Galicja)

Powieść miała tytuł "Wielki świat Capowic” i była zjadliwą krytyką galicyjskiego świata urzędniczego i austriackiej administracji: różnych burmistrzów, inspektorów szkolnych, policmajstrów, stróżów prawa i tzw. strasznych mieszczan.

Demaskowała filantropów i różnych dobroczyńców na pokaz oraz rzekomych patriotów, a w rzeczywistości cwaniaków politycznych i pyszałków. Mimo że sprawa dotyczyła wszystkich miast i miasteczek polskich w zaborze austriackim, ze Lwowem, Stanisławowem i Samborem na czele, Lam, aby uniknąć procesów sądowych o obrazę konkretnego urzędnika i konkretnego miasta, uciekł się do metafory.

Pisał rzekomo o nieistniejącym miasteczku Capowice na Podolu, ale w powieści opis topograficzny tej miejscowości, drogi wjazdowej czy ratusza jak ulał pasował do Kozowej, a na dodatek wokół tego miasteczka było wiele wiosek i przysiółków o kozich skojarzeniach: Kozówka, Kozłów, Kozłówek, Kozień, Kozowie.

A swoją drogą nie wiadomo, dlaczego nazwa tych sympatycznych, inteligentnych i mających tyle wdzięku stworzeń (koza, cap) używana bywa jako epitet – synonim uporu i głupoty. Ma w tym swój udział niewątpliwie Kornel Makuszyński, autor ponadpokoleniowego bestsellera "Przygody koziołka Matołka”.

Bohaterem "Wielkiego świata Capowic” jest austriacki biurokrata Wacław Precliczek, który w burzliwym roku 1866 zmienia swą narodowość i poglądy w zależności od koniunktury politycznej: raz uważa się za Niemca, innym razem za Czecha, to znów za Polaka.

Lam szkicuje postać Precliczka w sposób karykaturalny jako charakterystyczne egzemplum ówczesnych stosunków społeczno-politycznych, a równocześnie otacza go całą galerią biurokratów i tak zwanych "powag powiatowych”, którzy wszystko mogą uczynić, gdy poczują nad sobą bat władzy centralnej. Potrafią dla kariery zaprzedać swą godność i honor, a potem rekompensować to na podległych sobie bezbronnych jednostkach. Noszą oni w powieści Lama nazwiska-etykiety typu: "Wielmożny Bzikowski”, "Jaśnie Wielmożny Capowicki” czy "Doktor Rzeźnicki”.





Lam w swej powieści pisał niby nie o Kozowej, ale nadwrażliwi kozowianie nie mieli i do dziś nie mają wątpliwości. Stąd ich straszliwe pretensje do pisarza, że ich miasteczko niesprawiedliwie ośmieszył. Mówili: Co za pech. Pobliski Zbaraż tak pięknie opisał i zmitologizował Sienkiewicz w "Ogniem i mieczem”, czyniąc zeń wzór patriotycznych postaw; wieś Okopy Świętej Trójcy tak patetycznie przedstawił Zygmunt Krasiński w dramacie "Nie-Boska komedia”; Borysław uwiecznił Iwan Franko w powieści "Borysław się śmieje”, Kalisz tak epicko opisała Maria Dąbrowska w "Nocach i dniach”, Łódź tak demonicznie scharakteryzował Władysław Reymont w "Ziemi obiecanej”, a ten złośliwiec Lam – cóż, że utalentowany i popularny – tak bezlitośnie i fałszywie wbił nas w ziemię i zrobił z Kozowej centrum capowickiego ciemnogrodu. Co za pech i nie­wdzięczność.



140 lat później
Długo czekała Kozowa na swego piewcę i herolda jej oryginalności. Stał się nim prawie półtora wieku po prześmiewcy Janie Lamie Mieczysław Kołodka, urodzony w Kozowej w 1929 r., z wykształcenia filolog polonista.

Mieczysław Kołodka opuścił Kozową, mając 16 lat, i wspólnie z rodzicami jako wysiedleniec trafił na Śląsk – początkowo do Gliwic, po roku do Nowego Lasu koło Nysy i wreszcie po studiach w Łodzi – do Namysłowa, gdzie od 1955 r. zapisywał piękną kartę wychowawcy młodzieży, nauczyciela, kierownika internatu, dyrektora liceum i zespołu szkół oraz powiatowego inspektora oświaty. Ten pełen pasji społecznik – harcerz, organizator Towarzystwa Ziemi Namysłowskiej – okazał się znakomitym nauczycielem, który wykształcił kilka pokoleń namysłowskiej młodzieży.

Z jego klasy wyszedł m.in. wybitny polski językoznawca, slawista prof. Stanisław Gajda – członek Polskiej Akademii Nauk, doktor honoris causa kilku uniwersytetów, Maria Najda – finansistka, długoletnia świetna kwestor Uniwersytetu Opolskiego, dr Dymitr Słezion – matematyk, znakomity dydaktyk.

Gdy przed dwudziestu laty Mieczysław Kołodka wszedł w złotą jesień życia, stając się emerytem, spotkała go tragedia. Jego wierna towarzyszka życia zapadła niespodziewanie na ciężką odmianę stwardnienia rozsianego.

Przykuta do łóżka, bez władzy w nogach i rękach, skazana była tylko na opiekę męża. Trudno sobie wyobrazić skalę poświęcenia Mieczysława Kołodki, osoby niezwykle ruchliwej – turysty, podróżnika, organizatora rajdów i obozów harcerskich, który przez 20 lat czuwał dzień i noc przy łóżku chorej żony (zmarła w maju 2011 r.).

Niemal codziennie pytał, dlaczego to nieszczęście ich spotkało w "złotej jesieni życia”. I aby odganiać czarne myśli, nocami, czuwając przy chorej żonie, pisał swe wspomnienia. W ten sposób powstała niezwykła, licząca 520 stron, wydana własnym sumptem w 2011 r. książka "Tak wyrasta się na człowieka – szkice biograficzne”. Tytuł zaczerpnięty ze strof znanego wiersza Władysława Broniewskiego

"Nie głaskało mnie życie po głowie
Nie pijałem ptasiego mleka.
No i dobrze, no i na zdrowie
Tak wyrasta się na człowieka”

Rzeczywiście. Mieczysława Kołodkę nie głaskało życie po głowie. Ale powrót wspomnieniami do lat dzieciństwa spędzonych w Kozowej dawał mu ukojenie.


Pamięć o miasteczku rodzinnym
Jaka była ta Kozowa, którą zarejestrowała pamięć Mieczysława Kołodki? Wjeżdżało się tam po stromym zboczu wyboistą, wywrotną dla wozów i bryczek drogą. Miasteczko miało swój urok i wdzięk. Były w nim dwa kościoły, cerkiew, synagoga, ratusz, rynek i zamek – pałac hrabiego Szeliski – oraz park – dziś ogród dendrologiczny o powierzchni 3 ha, a w nim 300 gatunków drzew i krzewów.




zdjęcie: Kozowa rynek 1911 r. .....1931 r. ?



Kozowa była w przeszłości własnością kilku rodzin: Skarbków, Wolskich, Potockich, Moszyńskich i Szeliskich. Ludność żyła z rzemiosła i handlu. Było tam duże skupisko Żydów i Ormian. Co pewien czas odbywały się tam wielkie targi nierogacizny, na które ściągali kupcy z całego Podola. Kozowa była miastem powiatowym i chlubiła się wielką cegielnią.

"Moje miasto – pisze Kołodka – miało cegielnię, gorzelnię, rafinerię spirytusu, trzy młyny, dwa tartaki i kilkanaście warsztatów rzemieślniczych (...). Mała mieścina, gdzie wszystko było zakurzone, zabłocone, domostwa pod słomianymi strzechami, tylko gdzieniegdzie dachówki i blacha kryła domy, ale piękne jednak było to, że po sąsiedzku w kościele, cerkwi i synagodze po swojemu, do swego Boga modlili się ludzie w trzech różnych językach”. Nie przeszkadzało to nikomu, aż przyszła wojna i świat ten utopiła w cierpieniu i krwi.

Jest w książce Kołodki wstrząsający obraz likwidacji kozowskiego getta, które mieściło się w dzielnicy "Zatyle”. W lecie 1943 r. w godzinach rannych 1200 Żydów wgoniono psami do kolumny i poprowadzono za miasto na żydowski kirkut. Formowanie kolumny obserwował 14-letni Mieczysław Kołodka z kolegami z korony wysokiego drzewa rosnącego na granicy z gettem.

Gdy kolumna ruszyła, uciekł z bratem Antkiem do domu, a tam – czytamy w jego wspomnieniach – "babka drżącymi palcami zdjęła z szyi różaniec i kazała nam z bratem obok uklęknąć i wspólnie głośno, powoli odmawiać zdrowaśki.

Na końcu pacierza odmówiliśmy trzykrotnie »Wieczne odpoczywanie«. Dość długo byliśmy z bratem oszołomieni. Myliły nam się słowa modlitwy. W tym czasie słyszeliśmy śmiercionośny rechot i jazgot karabinów maszynowych. Potem pojedyncze strzały dobijające rannych.

Aż nastała martwa cisza, która w mojej pamięci trwa do dzisiaj. Bowiem widzę ciągle, jak moi koledzy szkolni, sąsiedzi i towarzysze podwórkowych zabaw, Srulek, Mosiek, Icek i Dawidek, idą, trzymając za ręce rodziców, w długiej kolumnie hen poza miasto, a potem tracę ich z oczu. (...) Zapytałem babcię, za kogo tak żarliwie się modliliśmy? A na to ona, że »za tych zabijanych i konających moich kolegów«”.



Austeria Chajki Kron
Była w Kozowej przy wjeździe od strony Brzeżan na rozdrożu rozłożysta, kryta gontem, poczerniała od deszczy i wiatrów, słynna karczma zwana "Austeria”, tak jak w powieści Juliana Stryjkowskiego zekranizowanej przez Jerzego Kawalerowicza, ze znakomitymi rolami Franciszka Pieczki i Wojciecha Pszoniaka.

Kozow­ska "Austeria” wyróżniała się kształtem dachu, trzyspadowym – jeden wyrastał z drugiego. Jej właścicielką była legendarna Chajka Kron. Każdy, kto wjeżdżał do Kozowej, musiał o nią zahaczyć. Przypuszcza się, że satyryk Jan Lam, robiąc szkice do swej powieści, stąd przy kuflu piwa kreślił panoramę miasteczka.

Sędziwa Chajka Kron, wysoka, chuda, z brodawką na nosie, z burzą gęstych siwych włosów na głowie i z nieodłączną fajką w zębach, budziła respekt. Pomimo swej fizycznej szpetności cieszyła się wielkim poważaniem u stałej klienteli i przejezdnych biesiadników. Podając piwo, szwargotała na przemian po polsku i żydowsku, nie wyjmując fajki z ust. Miała utalentowanego muzycznie wnuka, który grał pięknie gościom na wielkich karczemnych cymbałach, niczym mickiewiczowski Jankiel w "Panu Tadeuszu”.

Wspominając Chajkę Kron, Mieczysław Kołodka napisał, że pewnego dnia, stając w drzwiach karczmy, zasłuchał się w melodię graną na cymbałach z wirtuozowską sprawnością przez Dawidka Krona. Nagle niespodziewanie usłyszał nad uchem tubalny głos Chajki: "Co tu robisz, młodzieńcze?”. "Słucham cymbałów” – odparł przestraszony, drżącym głosem. "Ach, tak, to słuchaj pięknej Dawidkowej muzyki” – usłyszał w odpowiedzi. Chajka pogłaskała go po policzku i dała mu cukierek w srebrnym papierku. Gdy o tym zdarzeniu po powrocie do domu opowiedział swojej babci, usłyszał: "Karczmarka to dobra i mądra kobieta. Wielu ludziom pomogła, gdy przyszła bieda podczas wojny światowej. Pamiętaj, nigdy nie sądź ludzi po wyglądzie, a po czynach”.

Gdy do Kozowej weszli w 1941 r. hitlerowcy, nie mieli litości nad Chajką. Zabrali jej karczmę i zagonili do getta, a później pognali w kolumnie w asyście szczekających psów na stary kirkut i tam zastrzelili.
Taki sam los tego samego ranka na kirkucie spotkał Dawidka Krona, a także właściciela kozowskiego hotelu, restauratora Mosze Scherra, kozowskiego cukiernika Dawida Iserlesta i księgarza Dawida Malca, który sprzedawał książki w kamienicy przy ratuszu...


Ekslibris Klary Rosmaryn
Urocza, kruczowłosa Klara Rosmaryn uczyła przed wojną literatury i historii Polski w prestiżowym gimnazjum w Brze­żanach, którego absolwentem był m.in. marszałek Rydz-Śmigły i kilku polskich generałów.

Kolegowała się wówczas z dr. Józefem Słotwińskim (1911-2005), późniejszym twórcą i głównym reżyserem telewizyjnego "Teatru Sensacji”, słynnej "Kobry”, która w latach 60. XX wieku w czasie emisji wyludniała ulice miast polskich.

Warto pamiętać, że w "Teatrze Sensacji” Słotwińskiego zaczął karierę europejską kapitan Hans Kloss i słynny serial "Stawka większa niż życie”, oglądany swego czasu z zapartym tchem w całej Europie. Do dziś ten serial, mimo ostrych zabiegów dekomunizacyjnych, m.in. Bronisława Wildsteina, nie stracił atrakcyjności. I nie straci, bo jest to majstersztyk świetnej roboty scenarzystów, reżyserów i aktorów. Gdy Bronisław Wildstein jako prezes telewizji zabronił wyświetlania "Stawki większej niż życie” w telewizji publicznej, powstał komitet obywatelski pod nazwą "Nie z nami te numery, Bronek!”, który poparło kilka tysięcy internautów. Lustratorzy serialu przegrali z fanami Klossa.

Gdy wybuchła wojna i Niemcy zajęli Podole, Klara Ros­maryn przeniosła się do Ko­zowej, do mieszkających tam jej braci, sądząc, że będzie łatwiej przy nich przeżyć wojnę. Dobiegała wówczas trzydziestki.

Była wyjątkowo piękna i choć miała dobre papiery aryjskie, jej uroda zdradzała semickie pochodzenie. Starała się nie opuszczać domu, w którym mieszkała. Utrzymywała się z korepetycji. Gdy w Kozowej stworzono getto, trafiła tam z gwiazdą Dawida na ramieniu. Nim się to jednak stało, zdążyła jeszcze przekazać – jak mówiła – "w depozyt” swój księgozbiór kilku uczniom. W lecie 1943 r. poszła w kolumnie śmierci razem ze swymi współbraćmi na kozowskie miejsce stracenia. Jednym z jej uczniów był Mieczysław Kołodka i on też otrzymał od pięknej Klary kilka książek "w depozyt”. Dwie z nich przetrwały pożogę wojenną i wędrówkę ludów i wraz z ich depozytariuszem znalazły się w powojennym Namy­słowie.

Jedna z nich, nosząca tytuł "Wypisy polskie dla klas wyższych szkół średnich” autorstwa profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Ignacego Chrzanowskiego, służyła długo Mieczysławowi Kołodce jako pod­ręcznik do nauczania w ,liceum.

"W 1959 r. – wspomina Kołodka – Józef Adamków, dyrektor mej namysłowskiej szkoły, hospitując moją lekcję, zwrócił uwagę na mój mocno zniszczony podręcznik. Zażartował nawet, że kupi mi nowy. Wtedy pokazałem mu stronę tytułową »Wypisów polskich...«, a na niej treść pieczątki-exlibrisu »Klara Rosmaryn – biblioteka domowa w Kozo­wej«. Dyrektor zamilkł. Wziął do ręki książkę i tłumiąc wzruszenie, oznajmił, że z tego pod­ręcznika uczył się do matury w brzeżańskim liceum, a Ros­maryn była jego nauczycielką. Wtedy dowiedziałem się, że mój dyrektor jest moim krajanem z Kozłówki, przysiółka Kozo­wej”.

Po Klarze Rosmaryn został jedyny ślad – exlibris z jej na­zwiskiem. To i tak dużo, bo po innych nie ma najmniejszego śladu. Ich życia i tragedii nie odtworzy, nie odnotuje ich na­zwisk nawet najwybitniejszy historyk. Niezbadany jest ocean zapomnienia. Drobne okruchy ludzkich losów próbuję w tym cyklu ratować.

Dzięki pomocy Witolda Golińskiego z Klucz­borka, znawcy dziejów Brzeżan, ustaliłem, że w Kozowej przed wojną mieszkali krewni Klary Rosmaryn. Jeden prowadził wyszynk trunków, a drugi – handel zbożem. W Brzeżanach natomiast był adwokat Abraham Rosmaryn. Czy był jej ojcem? Czy to ktoś potrafi ustalić?


                                            --------------   * * * * *   ....................
 


Moje Kresy. Ludzie z Kozowej  cz. 2
Autor: Stanisław S. Nicieja        8 paždziernika 2011, 
W 1945 r. zatonęła zabużańska Atlantyda. Pociągi pełne "repatriantów” dniami i nocami ciągnęły na zachód, na Śląsk, na Pomorze, na Ziemię Lubuską. Czy to przypadek, czy jakieś przeznaczenie, że trasa wygnańczej wędrówki kilkuset kozowian wiodła "kozim” szlakiem.

zdjęcie: Rodzina Marysiaków: Ceylia, Mikołaj ( zamordowany przez NKWD ) i syn Hieronim. Kozowa 1937 r.
( fot. Archiwum prywatne )

Według ustaleń Elżbiety Dwo­rzak, w jednym z pierwszych transportów z Kozowej na Śląsk przyjechało 737 osób. Inny historyk, Arkadiusz Grubiak, syn kozowianina Władysława Grubiaka (1933-2002), twierdzi, że w sumie na Śląsk przyjechało z miasta jego rodziców około 800 rodzin. Było to możliwe, gdyż w czasie wojny w siedmiotysięcznej Kozowej schroniło się kilka tysięcy zbiegów z okolicznych wiosek spalonych przez banderowców. Pierwszy trans­port wyjechał już w kwietniu 1945 r. i dotarł do Opola-Grotowic. Drugi wyjechał z Kozowej 29 czerwca 1945 r., a trzeci, w którym było wielu duchownych, jesienią tego roku skierowano już na północ, w okolice Piły.

Z Kozowej do Koziej Szyi
Pierwsze dwa transporty jechały słynnym "kozim szlakiem”: z Kozowej do Koźla i przez Opole-Grotowice do Głuchołaz, które po niemiecku nazywały się Ziegenhals, co w wolnym tłumaczeniu znaczy kozia szyja.
W Kozowej przed wojną mieszkały w zwartych grupach liczne polskie rodziny Kołodków, Bajorów, Grubniaków, Rybo­tyckich.

Nawet ulice nazywały się tam Kołodkówka, Bajorówka, Grubniakówka. Po wojnie przedstawiciele tych rodzin, poza najliczniejszą grupą, która osiadła w Głuchołazach i Jarnołtówku, rozproszyli się po całym Śląsku, a część z nich osiadła w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego.

W najnowszym opracowaniu autorstwa Elżbiety Dworzak i Małgorzaty Goc o pochodzeniu terytorialnym ludności napływowej, wydanym przez Muzeum Śląska Opolskiego (2011), wymienione są m.in. wsie: Strzelniki, Bogdanowice, Ko­perniki, Morów, Zawada, gdzie również osiedli kozowianie.

Mijały lata i kozowianie wrastali stopniowo w nowe otoczenie, w nowe krajobrazy. Z czasem polubili swoje nowe ojczyzny. Dla przykładu: babcie z rodziny Kołodków i Mądrac­kich, zielarki, znakomite znawczynie wszelkich ziół, które w swych wędrówkach leśnych zapuszczały się daleko od Głu­chołaz aż w okolice Nysy, twierdziły, że tam zioła, jagody i grzyby miały taki sam smak, kolor i skuteczność w leczeniu jak tamte w Kozowej. Podobnie wyglądały chwasty. Tak samo kwitła szałwia, dziurawiec i mięta jak tam na Podolu nad brzegami Koropca. Potomkowie kozowian kończyli na Śląsku szkoły, później szli na studia i robili kariery. Tak było w rodzinie Bajorów.

Bajorowie
Bajorowie byli jedną z najliczniejszych rodzin polskich w przedwojennej Kozowej. W księgach adresowych tego miasteczka natrafiłem na kilkanaście osób noszących to na­zwisko i właśnie z racji skupiska, w którym mieszkali, tę część Kozowej nazywano Bajorówką.

Byli to przeważnie rzeźnicy i masarze, produkujący wyroby wędliniarskie i prowadzący sklepy tej branży. Wyróżniali się licznym potomstwem. Dla przykładu Teodor Bajor, żonaty z kozowianką Stefanią Wyzimir­ską, który był masarzem, a z racji że znał dobrze języki niemiecki i angielski, wykorzystywano go też jako tłumacza, był ojcem 5 córek i 4 synów.

Najstarszy z nich, Leopold (rocznik 1920), z zawodu felczer, mieszka dziś w Grodkowie. Młodszy, Zbigniew, który po wojnie prowadził na granicy Jarnołtówka i Pokrzywnej "najweselszy sklep w tej części Europy”, stał się niezwykle popularnym mieszkańcem Gór Opawskich na granicy polsko-czeskiej. Jan Cofałka w swej najnowszej, świetnej książce o przenikaniu się po wojnie wzajemnie rodzin Kresowiaków i Ślązaków pisze, że w sklepie Zbigniewa Bajora w Jarnołtówku każdy z klientów był witany jakimś żartem i wciągany w wesołą pogawędkę.

Szło się tam po zakupy z wielką przyjemnością, bo magnesem był stojący za ladą właściciel. Te tradycje handlowe pozostały w rodzinie. Dziś również najbardziej znanym i największym sklepem w samym centrum Jarnołtówka jest "Michałek”, prowadzony przez Mariana Bajora (syna Zbigniewa) i jego żonę Barbarę, również kozowiankę z pochodzenia. Marian Bajor jest też radnym w Głuchołazach, a w Jarnoł­tówku rodzina Bajorów organizuje co kilka lat zjazdy kuzynów. Najmłodszym synem Teodora Bajora jest Ryszard (rocznik 1925), absolwent krakowskiej szkoły teatralnej, znany emerytowany aktor Teatru Lalek w Opolu. Ryszard Bajor po przybyciu z Kozowej na Śląsk i małżeństwie z Marylą Jędrusik został zatrudniony w Teatrze Lalek jeszcze w czasach, gdy sceną tą kierował Alojzy Smolka i przez ponad 30 lat nie tylko uczestniczył w setkach spektakli dla dzieci jako aktor, ale również był scenarzystą w tym teatrze. Prowadził młodzieżowe zespoły teatralne i ofiarnie działał w PCK. Jego życiową pasją jest malarstwo. Namalował setki, a może i więcej akwarel, które sprzedawał, przeznaczając uzyskane za nie pieniądze na ubogie dzieci.

Ryszard Bajor jest ojcem dwóch znanych aktorów – Michała i Piotra, którzy od lat chłopięcych wyrastali w teatralnej scenerii. Było to naturalne, bo Ryszard Bajor często zabierał synów do teatru na swoje próby. Tam chłopcy widzieli, jak szkicował scenografię, jak dobierał kostiumy i jak powtarzał role. W przerwach krążyli po zakamarkach teatru i tam właściwie narodziła się ich miłość do tego magicznego miejsca.

Starszy, Michał, urodzony w 1957 r. jeszcze w Głuchołazach, tuż przed przeprowadzką rodziców do Opola, w wieku 13 lat wystartował w eliminacjach Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. A był to czas, gdy ten festiwal (1970 r.) przeżywał apogeum świetności. Trzy lata później, w wieku 16 lat, brawurowo wygrał Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze znakomitą interpretacją utworu "Siemionowna”.

Automatycznie jako laureat trafił na Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Wystąpił tam obok Maryli Rodowicz, a jego występ zapowiadał wówczas, mówiąc o nim, że jest "cudownym dzieckiem”, mistrz konferansjerki Lucjan Kydryński. Song, który zaśpiewał Michał Bajor po rosyjsku, zadziwił nawet rdzennych Rosjan.

Przedstawiciel radzieckiej firmy fonograficznej "Miełodia” nie mógł uwierzyć, że Polak może zaśpiewać tak perfekcyjnie w języku Puszkina. Michał Bajor z miejsca stał się popularny i jego kariera potoczyła się błyskawicznie. Występował z renomowanymi orkiestrami Stefana Rachonia i Henryka Debicha, skończył szkołę aktorską, a w międzyczasie zadebiutował w filmie Agnieszki Holland u boku wielkiej ówczesnej gwiazdy polskiego kina Beaty Tyszkiewicz w filmie "Wieczór u Abdona”.

Nie miejsce tu, aby pisać szczegółową biografię Michała Bajora. Ale warto pamiętać, że były lata, w których kręcił po 3 filmy rocznie. Grał u najlepszych reżyserów polskich, m.in. u Krzysztofa Kieślowskiego, Jerzego Kawalerowicza, Filipa Bajona. Wystąpił u boku Klausa Brandauera w węgierskim filmie nominowanym do Oscara.

Jego wielką pasją była zawsze estrada. Ma na swoim koncie około 3000 recitali. Śpiewał i śpiewa piosenki i songi skomponowane m.in. przez W. Korcza, J. Strobla, J. Satanowskiego do słów m.in. J. Kofty, W. Młynarskiego, J. Tuwima.

Jego na­zwisko pojawiało się na afiszach scen w Essen, Los Angeles czy Madrytu. Wydał wiele płyt, a na nich niezapomniane utwory jak choćby "Ogrzej mnie”, nawiązujące do najlepszych wzorów piosenki europejskiej, zwłaszcza francuskiej. Jest mistrzem piosenki poetyckiej. Jego interpretacja wiersza Władysława Broniewskiego "Bar Pod Zdechłym Psem”, w którym zawarte jest genialne studium alkoholizmu i samotności oszołamia sugestywnością i ekspresją.

Każdy wiersz, który bierze Bajor, staje się w jego interpretacji piękniejszy, głębszy i mądrzejszy. Jest więc Bajor w najściślejszym elitarnym gronie wykonawców poezji śpiewanej obok Czesława Niemena, Marka Grechuty i Ewy Demarczyk. Młodszy brat Michała, Piotr Bajor, urodzony już w Opolu w 1960 r., po ojcu odziedziczył talenty plastyczne. Jest również uznanym aktorem teatralnym i twórcą kilku świetnych ról filmowych, m.in. w "Limuzynie Daimler-Benz”.
Duszpasterze Kozowscy
Na Bajorówce w Kozowej urodził się w 1947 r. Marcjan Trofimiak, obecny biskup, ordynariusz diecezji łuckiej, urzędujący w stolicy Wołynia.

Bp Trofimiak to bardzo ciekawa, charyzmatyczna postać współczesnego hierarchy Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie. W trudnych latach gwałtownej ateizacji w ZSRR ukończył w Rydze na Łotwie seminarium duchowne i po odebraniu sakry biskupiej z rąk kardynała Mariana Jaworskiego, metropolity lwowskiego, związał się na trwałe z powojennym Wołyniem.

Jego działalność duszpasterska w tak ciężko doświadczonym przez zbrodnie banderowców regionie może imponować mądrością, taktem i wielką zdolnością kojenia ran i budowania mostów porozumienia pomiędzy współczesnymi Polakami i Ukraińcami. Dane mi było wysłuchać kilku jego homilii, ostatnio (25 września 2011 r.) na zjeździe Kresowian w Białej koło Chojnowa.

Dzięki jego działalności i umiejętności zjednywania parafian, zarówno Polaków, jak i Ukraińców, zabliźniają się rany na współczesnym Wołyniu, odnawiane są cmentarze, a co za tym idzie – pamięć o pomordowanych tam przez banderowców Polakach.

Marcjan Trofimiak jest wnukiem Teodora Trofimiaka, który miał kuźnię w Kozowej, i synem Mikołaja, który był śpiewakiem kościelnym i fotografem w tym miasteczku.

W ogóle z Kozowej wywodzi się wielu duchownych. W wykazie, którym dysponuję, znajduje się 12 księży, w tym urodzony w 1944 r. ks. Adam Szubka – długoletni proboszcz parafii w Bogdanowicach koło Głub­czyc, który położył ogromne zasługi dla tamtejszej społeczności, wrażliwy opiekun zabytków, który doprowadził świątynię w Bogaczowicach do świetności. Podobne zasługi ma obecny, od 1996 r., proboszcz parafii Boguszów-Gorce na Dolnym Śląsku – ks. Andrzej Bajak, również renowator m.in. kościołów w Wałbrzychu, Kłodzku i Bystrzycy Kłodzkiej.

Z Kozową związana jest też rodzina Rybotyckich, która przez wiele pokoleń wyróżniała się zamożnością i gospodarnością. Z tej rodziny wywodzi się Beata Rybotycka – piosenkarka, artystka "Piwnicy Pod Baranami”, urodzona już w Gliwicach. Swój talent niewątpliwie odziedziczyła po dziadku, Piotrze Rybotyckim, który słynął w Kozowej z pięknej barwy głosu i był tam sławnym pieśniarzem. Jego dwaj synowie, Tadeusz i Szczepan, osiedli po wojnie na Śląsku i jeden z nich ożenił się z siostrą Izabeli Skrybant – wokalistką zespołu "Tercet Egzotyczny”, a ich siostra, Władysława Rybotycka, była znaną i cenioną dentystką w Głuchołazach.

Z okolic Kozowej wywodzi się również aktor Franciszek Trzeciak (rocznik 1942), który lata młodzieńcze spędził w Nowym Świętowie koło Nysy, a w nyskim liceum otrzymał świadectwo maturalne. Franciszek Trzeciak ma w dorobku wiele ról filmowych, m.in. w "Hazardzistach” – fabularyzowanej opowieści o napadzie na bank w Wołowie, w "Tańczącym jastrzębiu” – filmie Grzegorza Królikiewicza.

W Płotyczy pod Kozową urodził się Hieronim Marysiak – prawnik, dziś major w stanie spoczynku, który został wywieziony na Sybir jako dziecko i przeżył tam gehennę tylko za to, że jego ojciec, Mikołaj Marysiak, był przez długie lata w Kozowej posterunkowym.

Na Opolszczyźnie osiadła też liczna rodzina Grubiaków – kozowskich rzemieślników. Ich wnukiem jest Arkadiusz Grubiak – historyk. Wnukiem kozowian jest też Tomasz Huminiak - prawnik, opolski sędzia.
Wjazd do Kozowej
10 sierpnia 2011 r. wjeżdżałem swoim samochodem w strugach deszczu do Kozowej od strony Brzeżan. Wybrałem tę samą drogę, którą 150 lat wcześniej bryczką przemierzył Jan Lam. Warto przypomnieć, jak opisał swój wjazd do Kozowej w "Wielkim świecie Capowic”, bo relacja ta weszła do historii literatury.

Opis jest komiczny, a zarazem dramatyczny. Lam wjeżdżał do położonego w dolinie miasteczka, siedząc na koźle obok woźnicy. Była bezgwiezdna noc, wokół panowały kompletne ciemności. I nagle bryczka niespodziewanie przyśpieszyła. Koła poczęły podskakiwać na wykrotach. Woźnica, uniósłszy się z kozła, próbował powstrzymać bieg konia, trzymając go mocno na lejcach i ściągniętej uździe. Bryczka jednak ciągle przyśpieszała, nabierając rozpędu. Koła podskakiwały na dziurach i kamieniach, hałasując i trzęsąc pasażerami niemiłosiernie.

Nagle jedno z kół rozleciało się i bryczka, rysując osią bruk, z którego sypały się iskry, pędziła dalej w dół. W końcu dyszel wbił się w ziemię, koń potknął się, padając na bok. Nakryła go bryczka i pasażerowie, którym na głowy posypały się tobołki i worek z obrokiem. Gdy Lam z woźnicą wygrzebali się spod bryczki, cali umorusani błotem i obsypani obrokiem, zobaczyli dużą kałużę, a nad nią budynek z tabliczką, na której wyczytali napis: Ratusz w Kozowej. Tyle fikcji literackiej, a może rzeczywistej prawdy o wjeździe Lama do miasteczka.

Mój wjazd nie był tak dramatyczny, choć na tamtejszym, zachowanym do dziś starym austriackim jeszcze bruku jest nie­zliczona ilość dziur. Dramatyczny natomiast miałem sam dojazd do Kozowej. Dość powiedzieć, że odcinek 15 kilometrów, prowadzący od głównej trasy Buczacz – Tarnopol przez wieś Złota Swoboda, jechałem 2 godziny z lękiem, że w każdej chwili może się stać coś z autem.

Samochód trzymałem ciągle na pierwszym biegu: nieustannie sprzęgło, gaz, hamulec. Trzeba było pokonać tysiące głębokich dziur, kałuż, wystających kamieni, wybrzuszeń, kolein. Pod tym względem drogi w miasteczkach i wsiach podolskich dzisiejszej Ukrainy niewiele się zmieniły od czasów Jana Lama. Nie można zbaczać z głównych tras i stosować skrótów, które na mapie wyglądają atrakcyjnie, bo każda próba przejazdu nimi to katastrofa. Lepiej przejechać kilkadziesiąt kilometrów więcej, ale główną trasą niż dla pozornej oszczędności pokusić się o przejazd kilkukilometrowy.

Dzisiejsza Kozowa jest zupełnie innym miastem niż ta z czasów polskich. Całe centrum zostało spalone i wyburzone. Nie ma tam dawnego pałacyku Moszyńskich. Nie ma wytwórni rosolisów, która była własnością hrabiego Henryka Szeliskiego.

W parku przetrwało kilka starych lip z dawnej alei. Z pejzażu Kozowej zniknęła też XVII-wieczna synagoga. W latach 60. XX wieku, za czasów sowieckich, wysadzono w powietrze kościół parafialny pochodzący z XIX wieku. Na jego miejscu ostatnio wybudowano cerkiew. W jej okolicach urządzono nowe centrum Kozowej z budynkami administracyjnymi o banalnych kształtach. Nie ma też dawnego ratusza Kozowej. Został tylko okalający go kiedyś bruk na rynku. Po wojnie wzniesiono tam nowe budynki, w których mieszczą się sklepy i dworzec autobusowy.
Cmentarz w Kozowej
Zachowała się natomiast zaniedbana polska część na cmentarzu. Najciekawsze i najstarsze nagrobki zgrupowane są wokół kaplicy Moszyńskich, wzniesionej w XIX wieku. Przy prowadzącej do niej alejce stoi okazały grobowiec rodziny Milińskich z dużym secesyjnym kutym ogrodzeniem.




zdjęcie: Kozowa - cmentarz
Kaplica cmentarna rodziny Moszyńskich


Spoczywają tam Sabina z Horodeckich i Franciszek Milińscy, a nad wykruszoną już częściowo inskrypcją epitafijną są wyrzeźbione kartusze herbowe ich rodu. Nagrobek wieńczy potężny piaskowcowy krzyż i ciekawa rzeźba klęczącej pod nim płaczki w mocno udrapowanym stroju. W pobliżu znajdują się groby dziadków i rodziców biskupa Marcjana Trofimiaka. Najstarszy pomnik na tym cmentarzu, z roku 1824, stoi na grobie Jasińskich, właścicieli wsi Kławruki. Zdobi go płaskorzeźbiony herb Rawicz i stojąca nad nim figura świętej, bez głowy.

Można przypuszczać, że było tu niegdyś wiele grobowców miejscowej szlachty, ale czas i ludzie zrobili swoje i nikt już nie przywoła nazwisk tu pochowanych. Najciekawszy artystycznie pomnik stoi na grobie małżeństwa Karoliny z Ojrzanowskich i Nereusza Jaroszyńskich, wzniesiony w 1857 r. przez ich wnuków. Jest to okazała tumba z płaskorzeźbą grupy aniołków oraz leżąca obok niej piękna rzeźba płaczki.

Krążąc po cmentarzu, natrafiłem na kilka grobów Gru­biaków. W najstarszym, z roku 1897, spoczywa Józef Grubiak. Zdobi go kamienna figura świętego, z odbitą głową. W pobliżu spoczywają Waleria (1860-1928) oraz Antoni Grubiakowie (1863-1923). Dotrwało do naszych czasów kilka grobów rodziny Bajorów, m.in. Erazma (1896-1913), Edwarda (1916-1919) i Stanisława (1909-1919). Ale z każdym rokiem ślady polskości są na tym cmentarzu systematycznie zacierane.
 

                                              .............................     * * *     ...........................




Nasi Bajorowie z Kozowej cz. 3


zdjęcia: Kozowa - dworzec kolejowy 1931 r. ?


                        W zakończeniu postu " Księgi metrykalne - skarbnica wiedzy o przodkach " napisałam, iż jedna z młodszych córek Krawczak Stanisława - Teresa, 08 lipca 1951 roku swoje życie związała z Józefem Bajorem z Kozowej i na stałe zamieszkała z rodziną w Witnicy.


zdjęcie: Bajor Józef z Kozowej - Witnica 1952 r.

Życiorys Józefa Bajora jest typowy dla wielu byłych żołnierzy mieszkających z Gminie Witnica. Rocznik 1925, urodził się w Kozowej koło Tarnopola, gdzie uczył się w Gimnazjum. Ojciec Władysław był kolejarzem i żołnierzem I w. ś. - w domu często opowiadał o swojej służbie.

zdjęcie: kolej wschodnia - stacja kolejowa w Kozowej 1942 r. W środku Józef Bajor


 

W roku 1944 Józef Bajor został żołnierzem II Armii Wojska Polskiego i  znalazł się w 32 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej. W czasie powstania warszawskiego skierowano go pod Włochy. W tym samym czasie os strony Przyczółka Czerniakowskiego walczył w I Armii zmarły niedawno Drozd Grzegorz, z którym kilka lat później zamieszkał na jednej ulicy w Witnicy i był w tej samej organizacji kombatanckiej. Po powstaniu Bajor Józef został przeniesiony do Lublina, skąd przeszedł szlak bojowy do Berlina już jako zwiadowca 24 Warszawskiego Samodzielnego Dywizjonu Artylerii Ciężkiej.

zdjęcie: służba wojskowa 1944 ? -  Józef Bajor stoi jako trzeci

 
Zanim został zdemobilizowany w 1947 r. stacjonował w kilku miastach Polski.                
Po zakończeniu wojny znalazł się w Drzewicach i okazało się, że w pobliskiej Witnicy mieszkają jego rodzice, którzy przybyli tam w sierpniu 1945 r. z pierwszą falą repatriacji.


zdjęcie: wywód przodków Rodziny Bajor z Kozowa - Witnica na podstawie akt metrykalnych Kozowa znajdujących się w AGAD Warszawa 

Pobyt w wojsku zakończył jako podporucznik.


zdjęcie : Józef Bajor z okresu wojskowego - 1946 r. 


Przyjechał do Witnicy, pracował jako księgowy w Fabryce Mebli, tu też doczekał emerytury. Tam również poznał żonę Teresę z Krawczaków i od 52 lat żyje w szczęśliwej rodzinie.

zdjęcie: wujostwo w przepięknym przydomowym ogrodzie wśród iglaków - swoją dumą. Witnica 2003 r. 
 

W roku 2001 Teresa i Józef Bajorowie obchodzili  " Jubileusz 50-lecia " swojego małżeństwa.
Z tej też okazji zostali odznaczeni medalem

zdjęcie: Nadanie odznaczenia państwowego "50 lecia pożycia małżeńskiego" dla Teresy i Józefa Bajorów - Witnica 2001 r.

zdjęcie: zdjęcie rodzinne z okazji "Złotych Godów" Teresy i Józefa Bajorów  - Witnica 2001 r.

Małżeństwo wychowało i wykształciło 3 dzieci, które rozjechało się po Polsce. Wnuki wszystkie po wyższych studiach rozjeżdżają się po świecie.
( Wiadomości witnickie nr 4/5 2005 r. )

zdjęcie: Witnica 2000 r. - Teresa  i Józef Bajorowie z dziećmi i wnukami

Życie toczyło się dalej ...... i niestety dopisało dalsze karty tej historii.

zdjęcie: cmentarz w Witnicy 2012
Grobowiec rodziny Bajor gdzie spoczywają małżonkowie Teresa z Krawczaków i Józef Bajorowie.

zdjęcie: cmentarz w Witnicy 2009 r. Grobowiec rodziców Józefa Bajora - Władysława i Pauliny Bajor.
To oni wraz ze swoimi dziećmi oraz innyni rodzinami ( w tym Bajor ) w lipcu 1947 roku osiedli w Witnicy jako repatrianci, pozostawiając ukochaną Kozową na zawsze, zostawiając tam swjoą młodość,  swoje marzenia i groby najbliższych ..... ziemię swoich przodków.



zdjęcia: cmentarz w Witnicy 2009 r. - kaplica

To tu najblizsi po raz ostatni żegnali wielu kozowian, przybyłych tu na mocy repatriacji
w kilku falach transportu po roku 1945 - w tym noszących nazwisko Bajor. Odwiedzjąc ten cmentarz wiele razy napotykałam groby z nazwiskiem Bajor, nie umiejąc połączyć ich w jedną rodzinę. Może kiedyś jeszcze to zrobię .... może mi się uda ? ? ? Można się o to pokusić się mając do dyspozycji akta metrykalne z Kozewej znajdujące się AGAD w Warszawie, w Archiwum Zabużańskim w Warszawie i te właśnie groby  w Witnicy.
Jedno jest pewne ..... to co ich łączy niezaprzeczalnie to miejsce ich urodznia .....  miasteczko KOZOWA ! ! !  






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.